Świat istnieje, nawet jeśli nie wszystko jest takie, jakim być powinno.
* * *
Studia w toku. Jeszcze tylko miesiąc grzebania w piachu i rok będzie można uznać za zakończony pomyślnie. Bardzo pomyślnie. I nawet jeśli pojawiają się dni, w których mam poczucie bezsensownego zmarnowania czasu - już dawno powinnam mieć trzy literki przed nazwiskiem i brać udział w wyścigu ku lepszej pracy - nie żałuję.
* * *
Jutro godzina zero - przekonam się, czy na pewno jestem stworzona do takiego życia. I czy praktyka sprawi mi taką samą satysfakcję co teoria. Zamiast się pakować, robię milion innych, nieprzydatnych z punktu widzenia przeciętnego osobnika, rzeczy licząc w duchu, że coś mnie zmobilizuje i ruszę do porządkowania tego co uporządkować trzeba. Pogoda optymizmem nie napawa - jedyna nadzieja w dużych ilościach deszczu lub wymarszu w środku nocy, w innym przypadku po tygodniu będę wyć z rozpaczy i łudzić się, że najgorsze już za mną. Bądźmy dobrej myśli, taaak, bądźmy stanowczo dobrej myśli...
* * *
Pomijając jutrzejszą godzinę zero - kolejna będzie za niecały miesiąc. Jak się okazało - rok bez przeprowadzki rokiem straconym. Tym razem jest jeszcze zabawniej - wszelkich opcji brak a sierpień zbliża się wielkimi krokami. Wszelkich "przychylnych" sugerujących, że gdyby nie pies byłoby mi łatwiej, od tygodnia mam ochotę powiesić na najbliższym drzewie i zostawić na pastwę zmutowanych gołębi. Poczekamy. Nie może być przecież aż tak źle, jak się zapowiada.
* * *
Czas leczy rany, albo przyzwyczaja do bólu. Jakby nie było - z każdym dniem żyje się jakby łatwiej.
Optymizm poszedł w cholerę. Wróci. Zawsze wracał. Ale czy aby tym razem będzie tak samo?
Rozdrażnienie wzięło górę - kilka spraw mnie przerosło, niechciane sytuacje pojawiają się nader często, za często... Rzeczy niegdyś traktowane z przymrużeniem oka dziś doprowadzają mnie do furii. Wcale nie dzikiej i nieobliczalnej. Takiej wewnetrznej. Odgradzam się murem od świata, bo nie chcę, nie potrzebuję czyjejś empatii, albo po prostu nie potrafię jej przyjąć.
Listopad minąłby -prawie- niezauważalnie, ale...to przecież listopad. I niezauważalny nigdy nie był. Kiedyś się nauczę, żeby z końcem października wymiatać z okolicznych sklepów zapas produktów niezbędnych do przetrwania 'deszczowego miesiąca w którym huśtawki pogody mieszają się z huśtawkami nastroju niekoniecznie z logicznych przyczyn' i w niebezpiecznym okresie zaszywać się w łóżku. Albo pod.
A najgorsze w całej sytuacji jest to, że to nie ja cierpię, bo Kali przywykła. Wszak to listopad jest, a listopad swoimi prawami się rządzi. Cierpią najbliżsi, którzy nie zawsze rozumieją w czym rzecz, bo przecież czyjejś empatii nie chcę, nie potrzebuję, lub po prostu nie potrafię jej przyjąć.
***
Przeżyłam śnieg na przełomie kwietnia/maja. Śnieg w listopadzie to chyba lekka przesada.